piątek, 30 września 2011

W końcu to wiem - mogę wszystko! ! !

      Hejka. Piszę ten post już 3 dni, czas najwyższy nadrobić małe zaległości z bloga. Z bieżących spraw - w poniedziałek miałem egzamin. Oczywiście plan był by się na niego pouczyć i zdać spokojnie, ale gdzie tam, przecież trzeba coś wymyślić dodatkowego.. W sobotę byłem na imprezie u znajomych pod hasłem ‘pożegnanie lata’. Spoko, przecież w niedzielę się pouczę. No tak, ale całego dnia się uczyć nie będę nie? Na szybko ustawione spotkanko z dawną koleżanką i kilka godzin wyjęte. Do nauki się nie zmogłem. Egzamin przełożyłem na wtorek, całe szczęście chociaż wtedy nie dałem (za bardzo) ciała i pozaliczałem. Został ostatni egzamin i praca mgr. Mam cichy plan by się sprężyć i w miesiąc to zrobić.. Zobaczymy, będę informował na bieżąco czy to w ogóle wykonalne :/
    
     W poprzednim wpisie wspomniałem o kilku dniach które dużo zmieniły w moim życiu. Może rzeczywiście nie będę się w szczegóły zagłębiał, choć szkoda, bo one pozwalały dokładniej zrozumieć moją sytuację. Przedstawię całość możliwie ogólnie.

     Zaczęło się od tego, że otrzymałem możliwość pracy na pewnej konferencji, miałem pomóc przy przenoszeniu jakiś rzeczy etc. - jako student dzienny najlepiej mi łapać robótki dorywczo, nic stałego nie wchodzi w rachubę. Przychodzę i co się okazuje? Moją szefową jest młodsza o 2 lata bardzo ładna dziewczyna o wymarzonej figurze podkreślonej obcisłą 'małą czarną' czy jak to tam drogie Panie nazywacie. Idealnie w moim typie.. Okazało się, że mamy razem stać na stoisku reklamującym jakąś firmę. Spoko. Zaczęliśmy sobie rozmawiać o wszystkim jak leci. Kiedy pierwszy raz spojrzałem na zegarek zdziwiłem się, że upłynęło już 6 godzin i na dziś to już koniec pracy. Dlaczego w szkole czas tak szybko nie leciał?
Następnego dnia postanowiłem to siedzenie urozmaicić - trochę flirtu w pracy przecież nie zaszkodzi, co nie? (-; Szczyt mojej próżności przypadł na lunch. Przed wejściem do luksusowo odstawionej jadalni złapałem ją za rękę i postanowiłem przejść się tak z nią dookoła sali jak z własną dziewczyną hehe. Nie dostałem żadnej negatywnej reakcji, wręcz przeciwnie - piękny uśmiech. Eh, sam się teraz śmieję jak to sobie przypomnę (-: Domyślasz się, ile dumy (i wspomnianej próżności) może przynieść wpatrzonych w danej chwili w Ciebie z zazdrością/podziwem te ponad sto męskich i damskich par oczu? Wiedz, że cholernie wiele! (: Dzień skończył się spacerem z hugs&kisses nad pobliskim jeziorem. Miło spędzony czas.
Niedziela to tylko 2h pracy, niby w miłym klimacie ale z niewyjaśnionych powodów to już kompletnie nie to co dzień wcześniej. 'Cześć' i rozjechaliśmy się do swoich miast.

   W mieszkaniu złapał mnie jakiś ogromny dół i wnerwienie. Chodziłem szybko po domu niesamowicie zdenerwowany, bezsilny, nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem tak wku*wiony na siebie. Wszystko się rozchodziło o nią, mniejsza o co dokładnie.. Czułem, że może jednak trochę 'zwaliłem misję', że mogłem zrobić tu tak, tam tak. Ogólnie nawrzucałem na siebie, zonk i tyle.
Przeszło mi w miarę po kilku(nastu?) minutach, poszedłem pogadać z bdb kumplem, wróciłem do domu. Teraz dzieje się najciekawsze.

     Było około 18 godziny kiedy do głowy wpadła mi myśl: "ej, przecież nie było tak źle! poznałeś zaje* dziewczynę, spędziliście miło czas, na co się durniu jeszcze wkurzasz?". Sprawy zaczęły przybrać inny obrót, zacząłem teraz dla odmiany się cieszyć. Po prostu nadszedł mi jakiś dobry humor. Włączyłem głośno pobudzającą muzykę i zacząłem.. tańczyć! Tak, w domu nikogo nie było (: Zamknąłem oczy, masa pozytywnych myśli wpadających bez przerwy do głowy i taniec wprowadziły mnie w istną ekstazę. Po dwóch-trzech utworach zacząłem.. płakać ze szczęścia! Możesz to sobie wyobrazić? Przez około 20 minut skakałem w łzach z radości, przepełniony wszechobecnym szczęściem. Poczułem, że to ja jestem prawdziwym królem świata, że tylko ja rządzę sobą samym i nikt inny nie będzie miał bez mojej zgody wpływu na moją radość z życia. Najważniejsza była jednak świadomość, że mogę wszystko, że nie ma dla mnie żadnych granic. To właśnie przecież ja, nikt inny, spędziłem elektryzującą sobotę z najpiękniejszą kobietą na kongresie (spośród kilkuset jakie tam były), nikt inny tylko ja sprawiłem, że spędziliśmy czas w tak miły sposób. W ekstremalnym szczęściu poczułem, że nie ma żadnych bogów bo to właśnie ja jestem bogiem. Ja. Ja Ja Ja JA JAAA!!!

     Przyznaję szczerze, że tego nie da się opisać a już tym bardziej zrozumieć czytając. To trzeba samemu poczuć. Później gdy napisałem o tym mojemu zagranicznemu ziomkowi ten tylko zapytał, czy jestem pijany czy spaliłem się ziołem..
Nie ma możliwości tego ogarnąć z boku. Sam teraz czytam to któryś raz i się dziwię jak to było możliwe. Życzę Ci byś mógł drogi Czytelniku sam to kiedyś przeżyć.


     Miałem robić wpisy gdy będzie się działo u mnie coś ważnego, a za to niewątpliwie uważam ostatnie wydarzenia. Nigdy w życiu nie przeżyłem czegoś takiego. Nie wiem jak ten post brzmi, mam tylko nadzieję, że załapiesz, że nie chodzi mi tu bynajmniej o pokazanie "jaki ja jestem fajny bo poderwałem niezłą dupę". Działy się ze mną jakieś cuda, poczułem niesamowitą siłę, energię, moc i władzę nad własnym życiem. Czułem się cudownie i tego samego uczucia i przemiany życzę Tobie. W moim przypadku tym 'sprawcą' była ta dziewczyna. Na pewno pomogła mi dużo bardziej uwierzyć w siebie, dowartościowałem się też jako facet. Wielkie dzięki A. (-: Aha, dlaczego piszę o przemianie? Już widzę skutki tego podbudowania się (: Szczegóły na pewno podam w przyszłości jak będę miał więcej do opowiedzenia.

     Bardzo ważna sprawa: tego wieczoru odrzuciłem coś takiego jak hasło "porażka". Zdałem sobie sprawę, że nie ponoszę żadnych porażek tak długo, jak z każdego takiego 'nibyniepowodzenia' wyciągam jakieś wnioski i zbieram nowe doświadczenie. Z nową definicją dopiero czuję, że zaczynam żyć. Mógłbym się nawet pokusić o stwierdzenie, że jestem żądny nowych porażek. Oczywiście nie dla samego faktu przegrania (choć dopiero co ustaliłem, że przegranych nie ma) ale dla zebrania nowego doświadczenia. Coś mi nie wyszło raz, wyciągam wnioski i próbuję nie dopuścić do tego ponownie. Jestem coraz mądrzejszy dzięki doświadczeniu, dzięki porażkom mogę stawać się lepszym człowiekiem na wszystkich płaszczyznach życia, głęboko w to wierzę. W końcu tak to działa.

     Tutaj znajduje się link dla fanów muzyki techno czy nawet popowych przebojów w ciekawych remiksach. To ta muzyka była świadkiem jak i pomocnikiem przy mojej euforii (: Składankę słucham dosyć często - szczególnie rano gdy potrzebuję trochę motywacji do działania czy po prostu na dobry humor w nowym dniu. Od półtora tygodnia te utwory mają dla mnie jeszcze większe znaczenie i siłę działania.


Pozdrawiam Cię serdecznie.

Działaj i nie bój się niczego!
Nie ma porażek.

5 komentarzy:

  1. Doskonale rozumiem jak to jest cieszyć się praktycznie z wszystkiego i tańczyć w pokoju (oczywiście gdy nikt nie patrzy) ;) Wspaniałe uczucie.
    Co do dziewczyny to nie warto wypominać sobie co by się mogło jeszcze zrobić lub coś inaczej na spotkaniu, które dawno minęło-ale to już na szczęście wbiłeś sobie do głowy ;) Takie chwile warto kolekcjonować. Za kilka/kilkadziesiąt lat będziesz siedział z synem i mu opowiadał mu ile to pięknych chwil przeżyłeś z najpiękniejszymi kobietami ;)

    Muzyka nie w moim typie dlatego sobie daruję słuchania.

    Przy okazji gratuluję zdania egzaminów.

    Trzymaj się ;)
    Serafinia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nie wiesz jak doskonale Cię rozumiem, też niedawno doszłam do takich wniosków i moja reakcja była bardzo podobna, byłam szczęśliwa, że to zrozumiałam.
    Nie ma sensu rozpamiętywać czegoś co mogłoby być, a nie było, nie ma sensu być złym, czy smutnym z tego powodu. Było miło, ale się skończyło i cieszmy się z tego co było.
    No i zrozumiałeś najważniejszą rzecz, nasze szczęście zależy tylko od nas i nikt nie powinien na to mieć wpływu, nie ważne co by się działo ;).

    A tak w ogóle, słuchałeś tego http://www.youtube.com/watch?v=O_mcFBPVblY ? Bo jak czytałam Twój wpis to przypomniała mi się ta piosenka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Serafinia, ogólnie więcej się w życiu uśmiecham niż smucę, ale nigdy nie płakałem z radości, dlatego o tym piszę, ten moment był na pewno inny niż wszystkie.
    Hehe dzięki za śmieszny/wesoły komentarz (:
    Trzymaj się również!

    happiness, gratulacje, miło usłyszeć, że i Ty miałaś podobnie!
    Dzięki za te słowa o rozpamiętywaniu, widzę, że masz rację.
    Utworu tego nie słuchałem akurat. Fajny, szkoda (?), że u mnie nie było podobnie (;

    Dzięki za mądre komentarze, pozdrawiam Was!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  5. swietny tekst, szczegolnie ta wzmianka o zmianie pogladu na cala sprawe, ciesze sie ze tak ci to wyszlo; ja mam podobne wnioski, ale wprowadzic je w zycie jakos mi nie wychodzi... tzn. czasami wkurzam sie na osoby, ktorym dalam bardzo wiele mojego uczucia, a ktore zupelnie nie dbaly o nie a nawet wykorzystaly je do swoich osobistych interesow. denerwuje sie tak bardzo ze choruje, autentycznie zapadam na zapalenie zatok (tak jak wg Luisy Hay, identycznie: zlosc na bliska osobe), widzac to dochodze do wniosku, ze skoro mam taki silny umysl, ze wywoluje wlasna chorobe to dlaczego jeszcze do tej pory nie nauczylam sie wykorzystywac tej mocy do stworzenia czegos pozytywnego...? poprostu baaaaardzo mnie boli podle zachowanie innych wobec mnie... w kazdym razie dzieki za ten tekst, fajnie jest widziec, ze komus innemu wychodzi, ja sama musze znalezc sile by to w koncu i mnie sie przydazylo, pozdrawiam serdecznie i gratuluje

    OdpowiedzUsuń